Lutowe refleksje
LUTY
Luty ma w sobie jakąś nadzieję. To najkrótszy miesiąc w naszym roku. Najkrótszy w samej nazwie jak i w ilości dni, które liczy. Gdyby Luty był Czerwcem, żałowalibyśmy pewnie, że taki krótki. Ale, że to Luty, to nie żałujemy wcale.
Straszna zima, której czasami mamy serdecznie dość, właśnie w Lutym przynosi irracjonalną nadzieję na jej szybki koniec. Wszak Luty to już prawie Marzec, a w Marcu rozpoczyna się tak niecierpliwie oczekiwana wiosna.
Luty potrafi bronić się zaciekle. Trzyma w zaciśniętych dłoniach arktyczne mrozy, chucha wietrzyskiem, aż odpadają uszy, sypie śniegiem, takim innym już zmrożonym, jakby resztkami, ale… sypie.
Broni się dzielnie przed swoim przeznaczeniem, jakim dla każdego z miesięcy jest oderwana kartka z kalendarza wraz z ostatnim dniem. Nie lubi ludzkiego oczekiwania na cieplejsze dni. Nie lubi porozpinanych kurtek, gołych głów i rękawiczek wyrzuconych w kąt. Nie znosi jak się go lekceważy.
„JA WAM POKAŻĘ CO TO ZIMA” – zdaje się mówić dmuchając w termometry marzące o promieniach marcowego Słońca.
I kiedy ludzie pogodzą się z takim Lutym, termometry skurczą się okropnie, a ptaki zaczną żałować, że nie odleciały ostatniej jesieni do ciepłych krajów; Luty uśmiechnie się do wszystkich.
Nie szeroko i głośno, o nie. Kącikami ust zaledwie, tak troszkę. W śnieżnych oczach zapalą się wesołe ogniki. „DAM IM TROCHĘ ODSAPNĄĆ” – powie… i wypuści ten mróz, dmuchnie na wschód lub zachód, żeby poleciał sobie. Przegarnie ołowiane chmury. Zaświeci Słońce. Ta chwila słabości naszego Lutego, następuje wtedy, gdy szykuje się do dalekiej drogi trwającej cały rok; pod koniec. Można rzec, że na kilka dni, no… zaledwie tydzień.
Znamy dobrze ten oczekiwany moment lutowego przedwiośnia. Popołudnie żółtymi promieniami pląsającymi wśród zeschniętych łąk. Cisza przedwieczorna pełna szpaków i treli sikorek bogatek. Sikorki są największymi znawczyniami lutowych zwyczajów. Siedzą na zmarzniętych gałęziach wystawiając piórka do Słońca, zaczynają ćwiczyć swoje śpiewanie; jedyne śpiewanie przedwiosennego dnia. Gdzieś z dala od zgiełku miasta nad rzeką lub w lesie, pachnie już jakoś inaczej. Nie wiosennie, nie ciepło, nie aromatycznie, ale i nie zimno już…
Zza horyzontu i dalekich krain zbliża się Wiosna.
Nie słychać jej, bo ona zdaje się płynąć ku nam nad ziemią. Wysyła swoje czułki, swój zwiad w postaci tego zapachu. Zapachu przedsionka wiosny. Dogadała się jakoś nasza Wiosna z upartym Lutym i pozwolił jej na tę zapachową przesyłkę.
Rozglądam się po łąkach za Czajkami, patrzę w niebo szukając kluczy dzikich gęsi, o bocianach „głupi” pomyślę. Oj, narobi ten Luty nadziei, narobi. Ale Czajek jeszcze nie ma, Gęsi też. Nie pora jeszcze.
Ciągnie mnie jednak w Lutym do tej naszej przyrody. Pobiec nad rzekę, na łąki, do lasu. Na igliwiu przez chwilę poleżeć, nacieszyć się odrobiną ciepła i słonecznego blasku. Pomarzyć o zielonych drzewach, pszczołach w starym sadzie i lenistwie czerwcowego południa. Trochę ciepłych marzeń w zimowym miesiącu.
Nie tylko mnie ten Luty wyciąga z domu. Wędkarze stoją nad rzeką, szukają nowych stanowisk, wypatrując ryb. Działkowicze kręcą się po swoich ogródkach, trochę bez celu. Planują wiosenne porządki zapewne. Dzieciaki kopią piłkę na błotnistym boisku. ŻYCIE…
Luty nie daje nam wytchnienia.
Kiedy Listopad przyniósł pierwsze mrozy, Grudzień śnieg, a Styczeń jedno i drugie; to Luty pochwycił to wszystko i trzyma mróz, śnieg, wschodni wiatr oraz lód półmetrowy na jeziorach.
Przekomarza się z nami i udowadnia, że najmocniejszy ON ze wszystkich zimowych miesięcy. Za kilka dni powinien się uśmiechnąć. Delikatnie lecz dobrotliwie. Przecież i jemu zimno. Przed daleką drogą chciałby się trochę ogrzać. Pewnie ogrzeje i nas.
Wis dla Was
20.02.1996

